))Zapraszamy na Oficjalną Stronę internetowa Jerzego Roberta Nowaka((

poniedziałek, 7 marca 2016

Fragmenty z pamiętników „Wichry życia”

Przygotowuję do wydania pierwszy tom z zaplanowanych na dwa tomy pamiętników „Wichry życia”. Staram się w nich przedstawić różne epizody z historii mego życia, blaski i cienie, wspaniałych przyjaciół, tych, którzy zawiedli oraz zajadłych wrogów i oszczerców. Pierwszy tom, zaplanowany na okres do 1989 r. powinien ukazać się w druku w jednym z najbliższych miesięcy. W związku z pamiętnikami gorąco proszę o kontakt dawnych znajomych i przyjaciół z różnych okresów życia dla lepszego wspólnego przypomnienia sobie wydarzeń z dawnych lat. Poniżej przedstawiam jeden z fragmentów przygotowywanych pamiętników.
 
Dziadek – pierwszym nauczycielem historii

Dosłownie już w wieku 6 lat pokochałem historię. Zadecydowały o tym kolorowe przedwojenne historie z obrazkami, szczególnie utrwaliły mi się w pamięci barwne opowieści o Joannie d’Arc i Napoleonie oraz o księciu Józefie. Te przedwojenne książki do historii były prawdziwym darem losu. Nigdy nie wyobrażam sobie, bym mógł pokochać historię, czytając ówczesne stęchłe stalinowskie podręczniki typu książki Heleny Michnik. Nie mówiąc o przekładach sowieckich podręczników do historii, gdzie opowiadano o tym, jak to trzy pułki smoleńskie wygrały bitwę pod Grunwaldem, a nie jacyś Polacy czy Litwini.

Prawdziwą kopalnią wiedzy o historii najnowszej był jednak mój dziadek i jego barwnym opowieściom zawdzięczam dużo więcej, niż jakimkolwiek ówczesnym lekturom. To od dziadka, jako 9-latek, dowiedziałem się po raz pierwszy o Katyniu, z wyrażoną od razu przestrogą, bym trzymał w szkole język za zębami. Dziadek opowiadał mi o organizowanych przez bolszewików zsyłkach na Sybir, o losie AK-owców, o sowieckiej nędzy, a zwłaszcza beznadziei kołchozów. Bał się ich jak ognia. Dodatkowo te opowieści dziadkowe uzupełniał od czasu do czasu widok, jak pogranicznicy prowadzili schwytanych po ucieczce przez Bug do Polski, obdartych uciekinierów z Rosji. Muszę powiedzieć, że to najpierw od dziadka, o dopiero później z lektur, zrodził się mój ogromny podziw dla AK-owców, dla bohaterskiej i zdradzonej AK. Dziadek przy kominku i lampie naftowej opowiadał godzinami o niemieckich egzekucjach i terrorze, o wojnie z 1920 r. i o czasach przedwojennych, które bardzo wychwalał (panegirycznie wręcz wielbił) Marszałka Piłsudskiego.

Po tym, co nam wmawiano w szkole, bardzo lubiłem się przekomarzać z dziadkiem na temat II RP. Mówiłem – „Dziadku, ale przecież wtedy z biedy zapałki dzielono na czworo”. – „Tak – mówił dziadek – ale każda z czterech części się zapalała”. Najwięcej opowiadał jednak dziadek o swojej służbie w armii carskiej w czasie pierwszej wojny światowej. Były to czasem sceny pełne smętku, kiedy na przykład opowiadał, jak Kozacy odcinali szablami głowy wziętym do niewoli polskim jeńcom z armii austriackiej. A patrzący na to nieliczni polscy żołnierze z pobliskiego oddziału armii carskiej byli całkowicie bezsilni! Dziadek sporo opowiadał o tym, jak sam dostał się do niewoli austriackiej i przez półtora roku pracował jako jeniec na roli u jakiegoś węgierskiego właściciela ziemskiego w Siedmiogrodzie, gdzieś koło Nagyvaradu.. I właśnie dziadek pierwszy wpoił mi przekonanie o sile przyjaźni polsko-węgierskiej, którą sam poznał bardzo mocno od pierwszej chwili niewoli. Węgierski ziemianin, gdy dowiedział się, że dziadek jest Polakiem, od razu go wyróżnił i uczynił swego rodzaju nadzorcą nad kilkunastu Rosjanami. Dziadka traktowano jak przyjaciela i czuł się tam jak w domu. Namawiano go nawet, by na zawsze pozostał u gościnnego Węgra i już nie wracał do Polski. Ale przecież w domu czekała żona i kilkoro dzieci. Z tego pobytu dziadek zapamiętał kilkaset podstawowych słów węgierskich i wiele popularnych pieśni siedmiogrodzkich. W odróżnieniu ode mnie, dziadek miał wspaniały słuch i potrafił urzekająco wyśpiewywać różne pieśni, począwszy od tych pieśni węgierskich po ukraińskie dumki. Dzięki swemu talentowi do śpiewania, mój dziadek stał się na później główną atrakcją w oczach moich gości z Węgier, gdy pełniłem rolę tłumacza. Kiedy miałem jakąś sympatyczniejszą węgierską grupę, czy delegację, zaraz prowadziłem ją do domu. A tu już dziadek robił swoje, śpiewając całą wiązankę pieśni siedmiogrodzkich. A Węgrom, nawet partyjniakom, przy odrobinie wódki rozwiązywały się języki, wyrażając żal za jedynym, utraconym, „wiecznie węgierskim” Siedmiogrodem.
Węgierskie tradycje i słaba znajomość węgierskiego (kilkaset słów) bardzo przydały się dziadkowi w czasie wojny, gdy pewien czas w pobliżu nas (chyba w Małaszewiczach) stacjonowali żołnierze węgierscy. Węgrzy, choć zmuszeni do sojuszu z Niemcami, zachowywali się bardzo przyjaźnie wobec Polaków, stanowili nawet dla nas zabezpieczenie przed represjami. Jakże wymowne były pod tym względem, pochodzące z czasów wojny (chyba z 1943 r.) głośne rozmówki polsko-węgierskie, wydane przez Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze Armii Krajowej. Zawierały one m. in. następujące sformułowania, mające ułatwić polskim chłopom odpowiednie dogadanie się z Węgrami: „Dzień dobry Panu. (…) Czy jest Pan Węgrem?... U nas wszyscy sympatyzują z Węgrami. Jesteśmy bratnimi narodami i często sobie wzajemnie pomagamy. Może pan pozwoli do mojego domu, ogrzać się trochę, odpocząć. Mogę panu dostarczyć trochę chleba i słoniny lub masła… Chętnie kupie u pana broń (ekwipunek, naboje). A może chce Pan wymienić to na chleb (masło, mleko, jedzenie)? Czy ten koc (buty, koń, wóz, motocykl, armata, czołg) jest do sprzedania? A może do zamiany na żywność (wódkę)?. (Podkr. – JRN).
 
Pytanie o możliwość zakupienia czołgu dowodziło, że w AK uważano, iż razem z Węgrami można zrobić wszystko, nie bacząc na ich sojusz z Niemcami. Mój dziadek, który zawsze miał słabość do wojaków i bardzo miłe wspomnienia z Węgier, natychmiast nawiązał zażyłe kontakty z węgierskimi żołnierzami i oficerami. Z pomocą swej słabej, łamanej węgierszczyzny, handlował z nimi i pośredniczył w handlu Węgrów z innymi mieszkańcami. I co najważniejsze, często ich gościł u siebie, a Węgrzy, słuchając pieśni siedmiogrodzkich, czuli się dosłownie jak w domu. Reszta mojej rodziny też dość żywo zainteresowała się Węgrami. Dość, że jako ślad tych węgierszczyzn pozostał u nas w domu maleńki węgiersko-niemiecki słownik kieszonkowy. Przydał się, jak znalazł, w październiku 1956 r., gdy ogarnięty promadziarską pasją w związku z węgierskim powstaniem, rzucałem się całą duszą na naukę węgierskiego.

Komunizmu dziadek strasznie nie lubił, jak najgorszej zarazy. W czasach bierutowskich powiadał zgryźliwie „bierut, bierut, da niczego nie dajut”. Opowiadał, jak w czasie sławetnych, sfałszowanych wyborów w 1947 r. rozdano miejscowym chłopom z Terespola kartki z głosami na komunę, chyba nr. 3, - „a my je zaraz wrzuciliśmy do ustępu i poszliśmy głosować na Mikołajczyka”. Pamiętam, jak dziadek wspominał o sankcjach, którymi uderzano w jednego z bogatszych sąsiadów – Zduniaka (miał 6 hektarów ziemi). 

Dziadek lubił opowiadać niezliczone dowcipy historyczne. Np. dlaczego przysłany nam z Rosji na ministra obrony i marszałka Polski Konstanty Rokossowski miał skośne oczy na portretach? Było tak z dwóch powodów: 1) ze zdumienia, gdy dowiedział się, że jest Polakiem; 2) od picia herbaty z łyżeczką w szklance.

Szczerze mówiąc, od wszelkich dowcipów politycznych dużo bardziej odpowiadały mi opowieści dziadkowe, choćby z wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905. Dziadek, urodzony w 1885 r., został na nią zmobilizowany wraz z innymi chłopami Kielecczyzny, ale już nie zdążył, na szczęście, powalczyć z Japończykami. Nadzwyczaj komicznie wyglądały w opowieściach dziadka okoliczności transportu polskich rekrutów z Kielecczyzny na Daleki Wschód. Jak opowiadał dziadek: „Zaraz w Kielcach dali nam kożuchy i inne odpowiednie umundurowanie na daleką wyprawę. Po co to nam jednak wszystko było – popiliśmy, przegraliśmy kożuchy w kraty z Cyganami i już, gdy dotarliśmy do Radomia, nie było śladu po naszych kożuchach i reszcie zimowego wyposażenia. Na stacji w Radomiu przeglądają naszą jednostkę, a wszyscy polscy rekruci jak jeden mąż bez żadnej odzieży zimowej. – Jak was tu przysłano, żołnierze? – A nie dali nic, nie wiemy dlaczego. Carscy oficerowie poklęli trochę na to wszystko ale w ciągu godziny znów nam wyrychtowano nowe kożuchy i wszystko, co potrzeba. Sytuacja się powtórzyła jeszcze parę razy: w Brześciu i w Kijowie. – Popiliśmy sobie dobrze i bardzo nam było wesoło – opowiadał dziadek. Nikt z nas nie chciał nawet myśleć o dalekiej wojnie. Dużo mniej wesoło zaczęło nam być, gdy wjechaliśmy w końcu na tereny Syberii i zaczęliśmy się zbliżać do Władywostoku. Straszliwie siarczysty mróz, a my wszyscy drzymy z zimna, tuląc się do siebie z braku dobrej odzieży zimowej. Teraz już strasznie żal nam się zrobiło naszej lekkomyślności i zaczęliśmy przeklinać swój zmarznięty los. Dojeżdżamy do Władywostoku. Na dworcu odbieramy nowe posiłki wojskowe, wita nas siwiuteńki, wąsaty generał carski. Z wagonów, którymi jechali rosyjscy rekruci, wysiadają żołnierze w wielkich, grubych kożuchach. Tylko z naszych dwóch wagonów z Kielecczyzny nie tyle wysiadła, co wytoczyła się grupa straszliwie zziębniętych biedaków. – „A cóż tu się dzieje, żołnierzyki? – pyta siwiuteńki generał? – Jak ci głupi biurokraci mogli was tak wysłać? – A nie da nam nic, Wasze Błagodarodie – wołaliśmy jeden przez drugiego. Generał zaklął siarczyście, zdjął z ręki złoty zegarek i rozkazał za to odpowiednio nakarmić i napoić żołnierzy, zmarzniętych do cna. I oczywiście, szybciutko dostaliśmy kolejne kożuchy. Odetchnęliśmy, że wszystko tak się dobrze skończyło, ale nie na długo. Bo zaczęły napływać rachunki za odzież zimową z Kielc, Radomia, Brześcia i Kijowa. Przelękliśmy się, jak się to wszystko skończy. Szybko okazało się jednak, że nic nam nie grozi, bo co żołnierz zrobi pod przysięgą, to za to nie odpowiada”.
 
Takich opowieści usłyszałem od dziadka wiele. Trudno powiedzieć, ile było w nich prawdy, a ile fantazji. Faktem było jedno, że mój dziadek, rzucany przez losy wojenne, zwiedził kawał świata, od Mandżurii po Siedmiogród. Jednego tylko żałuję. Tego, że nie miałem magnetofonu i nigdy nie nagrałem dziadka, nieco Szwejkowskich opowieści i jego piosenek.

Opowiedziałem nie bez kozery rolę dziadka w szybkim rozwiązywaniu przeze mnie różnych białych plam polskiej historii, od Katynia po zsyłki AK-owców. Bo to pokazuje najlepiej, jak ważne nawet w najgorszych stalinowskich czasach było patriotyczne wychowanie w rodzinie, którego dziś tak brakuje. Pamiętam, jakim wstrząsem było dla mnie w połowie lat 90-tych pewne spotkanie z młodzieżą licealną w dużym mieście na północy Polski, na wschód od Gdańska. Nie podaję nazwy miasta nieprzypadkowo, bo sprawa jest raczej dość wstydliwa dla mieszkańców tego miasta. Miałem tam wykład o historii dla około 80-ciu uczennic i uczniów liceum. Po wykładzie niebacznie zadałem im sam kilka pytań z historii. Na ogół wszyscy wiedzieli, co było 1 września 1939 r. Natomiast ani jedna osoba na 80-ciu nastolatków w wieku 15-18 lat nie wiedziała, co było 17 września 1939 r. nic nie słyszała w ogóle o sowieckim ciosie w plecy Polski. Wywołało to prawdziwą konsternację – prowadząca jak burak poczerwieniała, notabene wiceprezydent owego miasta z ramienia Unii Wolności. Niewątpliwie nauczyciele ponoszą największą odpowiedzialność za taką ignorancję uczniów. Potem media, zwłaszcza telewizja, która odsyłała przez wiele lat tematy zbrodni komunistycznych na „zsyłkę po północy”. Cóż jednak powiedzieć o dzisiejszych rodzicach, którzy zaganiani przez życie, nic nie robią dla uzupełnienia luk w edukacji historycznej swoich pociech. My mieliśmy to szczęście, że w dużo gorszych, niż dzisiejsze, czasach, rodzice (w moim przypadku dziadek) uczyli nas zakrywanej prawdy i wychowywali na prawdziwych Polaków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz